|
Jesteś tu:
Strona główna > Numery > Numer 24 > Misja PAH w Autonomii Palestyńskiej
Misja rekonesansowa PAH na terytoriach Autonomii Palestyńskiej
Pełny tekst artykułu ukazał się w październikowym numerze 'Znaku' (nr 617, 2006)
20 czerwca 2006, wtorek
Obóz uchodźców Dehaishe koło Betlejem
Po obozie oprowadza nas dr Mohammad Odeha. Jego rodzina pochodzi z wioski Alsefla. On sam urodził się w Dehaishe, zna tu każdy dom, każdy kamień. Opowiada o swoim dzieciństwie, o samochodach, które robił z drutów, o piłce ze starych skarpetek. W wieku 15 lat, po zajęciu przez Izrael terenów palestyńskich w 1967 r. razem z rodziną matki wyjechał na dwa lata do Jordanii, żeby tam chodzić do szkoły. Obawiał się, że okupacja izraelska nie pozwoli mu na kontynuowanie nauki. Wyjechał do Polski, do Łodzi, gdzie uczył się języka. Potem studiował medycynę w Warszawie. Wrócił do Palestyny po studiach, w 1979 r. Potem znowu wyjechał do Polski, żeby zrobić specjalizację z ginekologii w Lublinie i Poznaniu. Kiedy wrócił w 1988 r., pracował przez dwa lata dla United Nations Relief Works and Agency for Palestinian Refugees (UNRWA). W dalszy ciągu utrzymuje kontakty ze znajomymi z Lublina i Bydgoszczy.
Każda rodzina palestyńska w tym obozie ma swoją historię do opowiedzenia - mówi Mohammad. Jego babcia bardzo często wspominała trzy drzewa figowe rosnące koło ich domu. Ile miały owoców, jakie były słodkie, w jakich latach były największe plony. Jego dziadek już w obozie zachorował na Alzheimera. Kiedy znikał z obozu, zawsze znajdowano go w pobliżu własnego domu. Brat jego mamy w 1948 r. został ranny przy bramie damasceńskiej. Dostał się do szpitala francuskiego, ale Izraelczycy, którzy tam weszli, zabili wszystkich chorych. Miał wtedy 18 lat. Jego matka do dzisiaj szuka ciała brata, próbuje dowiedzieć się, gdzie został pochowany.
W obozie mieszkają ludzie usunięci w 1948 r. z około 35 małych miejscowości z okolicy Jerozolimy i Hebronu. Do 1958 r. roku mieszkali pod namiotami, potem z pomocą UNRWA zaczęli stopniowo budować baraki. Mohammad pokazuje nam budynki z tamtych czasów. Do 1979 r. w obozie była zewnętrzna kanalizacja, wszystkie ścieki płynęły ulicami. Dzisiaj, z powodu rozbudowy obozu kanalizacja jest przepełniona i ścieki ze studzienek wypływają na zewnątrz. Woda jest dostępna z wodociągów miejskich (1 m3 kosztuje 1 USD). Nie ma też większych problemów z prądem (1 KW kosztuje 0,5 szekli; miesięcznie trzeba zapłacić średnio 20 szekli).
Wzrok przykuwają liczne napisy na murach domów: Fatah - nadal pamiętamy, Hamas - jesteśmy ogniem i światłem. Na murach wiszą portrety młodych ludzi, którzy zginęli podczas wkraczania wojsk izraelskich do obozu. W obozie mieszka około 10-12 tysięcy osób. Są dwie szkoły, jedna dla chłopców (1330), druga dla dziewcząt (1350). W szkole uczy 47 nauczycieli i tyle samo nauczycielek. Mają do dyspozycji 39 sal. Klasy są przepełnione (średnio 50 uczniów), a mimo to lekcje i tak prowadzone są na zmiany.
Żegnamy się z dr. Mohammadem, aby po kilkunastu minutach znaleźć się przed niewielkim sklepikiem, w którym można kupić niemal wszystko, przysłowiowe mydło i powidło. Właściciel sklepiku, Abu Yussuf, pochodzi z Daraben oddalonej o 13 km od Jerozolimy. W 1948 r., kiedy rozpoczęło się wysiedlanie, stawiali opór przez 10 miesięcy. Po ostrzale artyleryjskim w październiku 1948 r. Abu Yussuf został zmuszony do ucieczki. Miał wtedy 12 lat. Uciekał z rodzicami i pięciorgiem rodzeństwa. Teraz ma 13 dzieci i 60 wnuków. Wszyscy mieszkają razem, w tym samym miejscu, gdzie zamieszkali w 1948 r. Wszyscy pracują, jeden z nich w UNRWA. Abu Yussuf do dzisiaj trzyma klucz do swojego domu, w nadziei, że kiedyś powróci na swoją ziemię. Wprawdzie dom jest całkowicie zrujnowany a obok rodzina izraelska wybudowała nowy budynek, ale nie traci nadziei. Ma wszystkie dokumenty potwierdzające własność ziemi.
Obóz Dehaishe odwiedził w marcu 2000 r. Jan Paweł II. W szkole odbyło się spotkanie z uchodźcami, podczas którego Papież podkreślił m. in. konieczność respektowania prawa każdego narodu do własnej ziemi.
Mohammad Basin pochodzi z wioski Beit Nateef, gdzie w 1948 r. mieszkało 5 tysięcy osób. Teraz wieś jest pusta, większość domów została zniszczona, obok powstało osiedle izraelskie, w którym mieszka 50 tysięcy ludzi. Mohammad zaprasza nas do domu na kawę. Mówi, że skończył 66 lat. Gdy uciekał ze swojej wsi z rodzicami i pięciorgiem rodzeństwa był ośmioletnim chłopcem. Dobrze pamięta tamten dom, śni mu się po nocach. Dom był duży, wokół mieli 20 akrów ziemi. Uprawiali zboże, mieli ogród, gaj oliwny, palmy. Teraz mieszkają w domu, który zbudowali 3 lata temu. Mają trzy pokoje, mieszka w nich 12 osób, w tym dwie niepełnosprawne. Dobrze, że część dzieci (6 synów i 7 córek) już się usamodzielniło. Musimy mieć dużo dzieci, żeby Izraelczycy nie zniszczyli narodu, to nasza jedyna siła, jedyna broń- tłumaczy Mohammad.
Mohammad z dumą oprowadza nas po swoim gospodarstwie. Ma wszystko - ogród warzywny, krzewy winne, drzewa figowe, morwę, kilka oliwek, drzewo cytrynowe, ma kaczki, kury, owce, krowy, jego pasją jest hodowla gołębi. Pokazuje nam najpiękniejsze okazy. Ma nawet dwa małe baseny z rybami. Na koniec wizyty zaprasza mnie z tajemniczym śmiechem do szopy gdzie leży ogromnej wielkości dynia. W Polsce czegoś takiego nie macie – dopytuje się. To gospodarstwo to namiastka tego, co mieli jego rodzice.
21 czerwca 2006, środa
Przyjeżdżamy do Hebronu
Po drodze do Hebronu widzimy kontenery nowego osiedla izraelskiego Allon Sherut. Budując osiedle Izraelczycy budują też drogę i od samego początku robią wszystko, by nie dopuścić do niej Palestyńczyków. Jesteśmy na ziemi, która ze względu na swoją urodzajność jest prawdziwym palestyńskim spichlerzem, miejscem, gdzie udają się wszystkie uprawy. Droga, którą jedziemy, jest udostępniana Palestyńczykom tylko za okazaniem przepustki. Mogą poruszać się jedynie taksówkami, od jednego check pointu do drugiego. Żeby przewieźć plony z jednego miasta do drugiego, muszą sześć razy ładować i rozładowywać, za każdym razem na innym samochodzie.
Mijamy osiedle, po lewej stronie stoi wieża kontrolna. Dalej liczne posterunki. Wszystko po to, żeby nie dochodziło do wzajemnego ostrzeliwania i porwań.
Dojeżdżamy do Hebronu – miejsca, w którym od wieków mieszkali obok siebie ludzie trzech wyznań (muzułmanie, chrześcijanie i żydzi). Dzisiejszy Hebron - jako jedyne miasto – ma w granicach swojego centrum osadników żydowskich (zazwyczaj osiedla żydowskie buduje się na peryferiach). Podczas negocjacji w Oslo w 1997 r. miasto zostało podzielone na dwie części: 20 procent i 80 procent (tzw. Hebron agreement). Osadnicy żydowscy (jest ich w starym Hebronie ok. 600) wydzielili sobie drogi i ulice, na które Palestyńczycy nie mają prawa wstępu. Kiedy jest szabat, święto Paschy czy Szałasów, Palestyńczyków obowiązuje godzina policyjna. Izraelczycy świętują a Palestyńczycy muszą siedzieć w domach.
W mieście nie postawiono muru, ale ulice są zamknięte zasiekami, barierami. Wyjścia starych, zasklepionych uliczek są zabite blachą. Niektóre wejścia na place są zamknięte. Często Izraelczycy niszczą piękne, stare domostwa, żeby budować dla siebie drogi. W ten sposób pod niszczącym naporem buldożerów pogrzebano wiele budowli z okresu Ottomanów i Mameluków.
Także Old Square - tradycyjne miejsce handlu na Zachodnim Brzegu - zaczyna powoli zamierać. Do września 2000 r. znajdowało się tam 1610 sklepów. Rozkazem militarnym zamknięto ich ponad 1000. Z pozostałych sklepów, według danych Hebron Rehabilitation Committee, funkcjonuje tylko 10 procent. Konieczność przedostawania się przez punkty kontrolne jest zmorą nie tylko dla dostawców, ale i dla samych klientów.
To nie są jedyne trudności. Palestyńczycy, którzy mieszkają blisko osiedli Izraelczyków są stale przez nich atakowani w sposób, który ma im obrzydzić życie i zmusić do wyprowadzenia się. Nad częściami ulic Old Shalala i Old Square trzeba było założyć metalową siatkę, aby ochronić przechodniów przed odpadkami i kamieniami. Nad innymi ulicami rozwieszono dodatkowo plastikowe płachty w ochronie przed potokami brudnej wody, gorącego tłuszczu z patelni czy zrzucanych z góry igieł. Niestety plastik nie jest w stanie ochronić przed kwasem solnym.
Wielu Palestyńczyków opuszcza swoje domy, bo nie potrafi znieść stałej agresji Izraelskich sąsiadów, presji kontroli na check pointach, chodzenia dookoła z powodu zamkniętych ulic. Wielu nie wytrzymuje, ale są wyjątki.
Nabil Halabi nie widzi powodu, dla którego miałby się wyprowadzać. To nic, że pisemne skargi, które składa na Izraelczyków na posterunku policji nic nie dają. Urodził się tutaj, tu ma sklep, pracę, rodzinę. Nabil jest pewny, że Izraelczycy, mieszkający np. w Tel Awiwie, nie wiedzą o tym, co się dzieje w miastach palestyńskich, nie mają pojęcia co robią ich współbracia. Myśli, że dobrze by było do nich dotrzeć, ale sam tego nie zrobi, bo nie ma jak.
Istnieje organizacja - Agency of Citizen Rights in Israel - która zbiera skargi podobne do zgłoszeń Nabila, dokumentuje takie wydarzenia. Rozdaje nawet aparaty fotograficzne, żeby ludzie mogli zrobić zdjęcia, przekazuje nazwiska tych, którzy spowodowali agresję. Jak dotąd bez widocznych rezultatów.
26 czerwca 2006, poniedziałek
Obóz Balata Camp
Balata Camp jest największym obozem w rejonie Nablusu. W okropnej ciasnocie mieszka tu ponad 22 tysiące osób. Rozmawiamy z jednym z pracowników o najbardziej palących problemach. Generalnie brakuje im miejsca i wody. Do tego dochodzą represje ze strony Izraelczyków. Dowiadujemy się, że od dwóch miesięcy codziennie wkraczają do obozu. Cztery miesiące temu zajęli na kilka dni szkołę, żeby przeprowadzić jakąś operację wojskową. Dzieci nie mogły się uczyć. Ostrzeliwują podejrzane domy (na ścianach widać ślady kul). Zdemolowali dom, w którym mieszkał poszukiwany przez nich człowiek - przy okazji zniszczyli buldożerami też inne domy. Oprócz tego niszczą wodociągi i kanalizację, powodując wymieszanie wody ze ściekami.
Obóz korzysta z wody miejskiej z Nablusu. Zimą leci z kranów 3 razy w tygodniu przez 8 godzin, latem tylko 2 razy w tygodniu. Płacą 5 szekli za 1m3 . Każdy dom ma na dachu dwa lub trzy zbiorniki, do których pompują wodę na zapas. Woda - jak nas zapewniano - jest codziennie badana pod kątem zawartości chloru.
Balata Camp ma ogromny problem z kanalizacją, która po 45 latach funkcjonowania nie jest w stanie sprostać potrzebom rozrastającego się obozu. Problemy nasilają się zimą, kiedy jest więcej wody i kiedy pękają rury położone do 1,5 m pod ziemią. Ścieki są odprowadzane na odległość ok. 4 km i wylewane na pola.
Przed wyjazdem zbiera się przed naszym samochodem grupka dzieci z plakatami: 'nie zabijajcie dzieci palestyńskich', 'chcemy wrócić do domu'. Ściana otaczająca obóz jest wymalowana historią uchodźstwa mieszkańców obozu. Pokazuje ucieczkę z Negev, początki obozu, rodzinę trzymającą klucz do domu.
Po kilku dniach wizyt w różnych obozach i rozmowach z ludźmi, uderza mnie podobieństwo losów mieszkańców obozu. Tak jak uchodźcy z obozu Dehaishe koło Betlejem, również ci z Amhari Camp koło Ramallah, z Balata Camp koło Nablusu i z Beach Camp w Strefie Gazy żyją silną nadzieją na powrót na ziemie swoich ojców, z których usunięto ich w 1948 r. Dziecko z obozu zapytane skąd pochodzi, nigdy nie poda nazwy obozu, poda zawsze nazwę wioski, z której pochodzą dziadkowie. W tym miejscu nie sposób nie pomyśleć o naszych polskich losach, o czasie zaborów i o tym, co pozwalało nam zachować wiarę, język i poczucie narodowej tożsamości. Łatwiej zrozumieć niezwykły upór i przywiązanie do ziemi, z której pochodzą.
Janina Ochojska - Okońska
>> index
|
|
|