|
Jesteś tu:
Strona główna > Numery > Numer 23 > Nie zapominajmy o Biesłanie
Nie zapominajmy o Biesłanie
Do dnia dzisiejszego szczegóły dotyczące ataku na szkołę w Biesłanie nie zostały ujawnione. Prowadzący śledztwo przyznali jednak, że podczas szturmu na zajętą przez terrorystów szkołę, siły federalne użyły miotaczy płomieni, co prawdopodobnie spowodowało eksplozję ładunków zawieszonych pod stropem sali gimnastycznej, w której terroryści zgromadzili zakładników.
Matki zamordowanych dzieci utworzyły Komitet mający na celu ujawnienie kulis szturmu, w wyniku którego poniosła śmierć znaczna część zakładników.

Szkoła w Biesłanie
fot. Wojciech Domachowski
Do Biesłanu przyjechałem po ponad półrocznej nieobecności, od grudnia 2004 do lutego 2005, w ramach Akcji Biesłan Polskiej Akcji Humanitarnej. Zajmowałem się badaniem potrzeb osób indywidualnych, poszkodowanych w wyniku ataku, oraz potrzeb placówek służby zdrowia (zakup lekarstw, technologicznie zaawansowanego sprzętu medycznego oraz rzeczy niezbędnych - np. fartuchów chirurgicznych – dla prawidłowego funkcjonowania szpitali), którym PAH przekazała 50 tys. USD.
W arkana kultury osetyńskiej wprowadził mnie Oleg - kierowca naszej "szestiorki”. Muszę przyznać, że bardzo szybko przestał on być tylko kierowcą wożącym "inostranca" (tj. cudzoziemca), nie wtrącającym się w jego sprawy i w pełni zaangażował się w naszą pracę, starając się jak najefektywniej wypełnić powierzone nam zadania.
Dzięki niemu nabrałem szacunku dla tego dumnego, odważnego i nielicznego narodu, który przez całą swą historię musiał walczyć o zachowanie swojej tożsamości – z jednej strony znajdując się pod wpływem kultury rosyjskiej, z drugiej strony zmagając się z kulturowym wpływem sąsiednich - wyznających islam, tym samym kulturowo odrębnych narodów. Sami Osetyni uważają się – mimo przyjętego dawno temu chrześcijaństwa – za pogan. Ich wierzenia pierwotne przeplatają się z tradycją chrześcijańską stanowiąc prześliczną mozaikę.
Pierwszy toast Osetyni wznoszą za Wielkiego Boga. Drugi toast wznoszą za świętego Georgija (oset. Uastyrdżi) – patrona podróżnych – aby ich drogi zawsze były bezpieczne i wiodły do domu. Dla nas, przebywających na Północnym Kaukazie cudzoziemców – inostranców - często poruszających się między granicami niekoniecznie sobie przyjaznych republik, wydaje się to być szczególnie ważne. Przypominam sobie ostatnie spotkanie z osetyńską drogówką, tzw. GAI, w stolicy Północnej Osetii, Władykaukazie, kiedy oprócz milicjanta, podeszło do nas kilku miejscowych wyrostków. Ich zainteresowanie wzbudziła inguska rejestracja naszego samochodu. Nie chcę zgadywać, co by się stało, gdybym odparł twierdząco na pytanie jednego z nich: "Jesteś Inguszem?”. Nie sądzę też, że młody chłopak w mundurze milicjanta byłby w stanie mi pomóc, gdyby doszło do rękoczynów. Pewnie św. Georgij czuwał wtedy nad nami.
Często zadaję sobie pytanie: jak pomóc matce, która w zamachu w Biesłanie straciła dziecko? Czy pytanie: "czy mogę pani w czymś pomóc" nie jest oznaką naiwności połączonej z bezsilnością, tak jakby my, którzy przybyliśmy z bardziej bezpiecznych regionów (czy mając w pamięci tragiczne wydarzenia chociażby w Londynie, naprawdę możemy uważać się za bardziej bezpiecznych, niż mieszkańcy Kaukazu?), żeby nieść pomoc, tak jakbyśmy mieli moc odmienienia złego losu.
Tak jakby nowo wybudowana szkoła albo boiska sportowe miały wynagrodzić ból i rozpacz osieroconych rodziców.
Tak jakby kamery telewizyjne na podium z napisem "press", ustawionym przed ruinami sali gimnastycznej, w której zginęło najwięcej zakładników (na skutek eksplozji ładunków wybuchowych, spowodowanej prawdopodobnie użyciem wspomnianych miotaczy płomieni) miały wynagrodzić brak odpowiedzi na pytanie zadawane przez rodziny poległych: co naprawdę zdarzyło się w Biesłanie?
Nie naszym zadaniem jest znajdywanie odpowiedzi na to pytanie. Ale czasem było mi wstyd, kiedy rodziny ofiar zadawały mi je, spoglądając wyczekująco, tak jakby przybysz posiadał licencję na prawdę. Choć może na pewno byłoby łatwiej, gdybyśmy pewne zdarzenia mogli postrzegać jako - na przykład - karę za grzechy. Lecz jak tłumaczyć śmierć niewinnych dzieci, których zdjęcia widziałem na murach ruin szkoły?
Nie zapominając o Biesłanie, o którym nie pozwoliły nam zapomnieć media, miejmy w pamięci inne zapomniane konflikty, a przede wszystkim ich ofiary, o których być może nikt nie wypowie na głos słowa. I pozostaną jedynie w pamięci tych, których opuścili, a ich imiona będą wypowiadane tylko w modlitwach.
I co z tego, że za jakiś czas jakaś partia zaproponuje nazwanie jednej z ulic, przecznic albo autobusowych zajezdni imieniem dzieci z Biesłanu?
Konfliktów nie rozwiązuje się poprzez budowanie pomników poległym, lecz – tak przynajmniej nakazywałoby miłosierdzie – w imię cierpienia poległych, należy wybaczyć krzywdy prześladowcom. Tym bardziej, że na Północnym Kaukazie rola ofiary i kata bywa wymienna.
Wojciech Domachowski
>> index
|
|
|