.
 
 

   [ więcej... ]


logo Refugee.pl



pasekgora.gif
logo

Jesteś tu: Strona główna > Numery > Numer 21 > Praktyka w ośrodku dla uchodźców

Eto ja Magomed, Twój drug!

Relacja z praktyki w białostockim ośrodku dla uchodźców odbytej przez Michała Gruszkę, toruńskiego koordynatora Walizki Uchodźcy Programu Edukacji Humanitarnej Polskiej Akcji Humanitarnej.

Odsłona pierwsza

Białystok wita mnie prawdziwą “polską zimą”. Po zasięgnięciu języka u miejscowych kieruję swoje kroki we wskazanym kierunku. Moim celem jest ośrodek dla uchodźców, mieszczący się na ulicy Antoniuk Fabryczny 40/48. Jego pełna nazwa brzmi Białostockie Przedsiębiorstwo Usług Socjalnych Budownictwa Hotel Iga (kto te nazwy wymyśla?). Po przejściu około dwóch kilometrów, trafiam na wskazane miejsce. Funkcje ośrodka pełni dawny hotel pracowniczy. Po latach posuchy odżył i można rzec utrzymuje się “z uchodźców”. Budynek zamieszkują 294 osoby (na 270 przewidzianych miejsc – sic!). Wszystkie istniejące sale, w tym telewizyjna, zostały zagospodarowane dla uchodźców na mieszkania. Lokatorami ośrodka są tylko i wyłącznie Czeczeni. Językiem, który obowiązuje na linii administracja polska – uchodźcy jest rosyjski.


rys. Katarzyna Rybińska

Kierownikiem ośrodka jest pani Joanna Sawicka, którą dzielne wspomaga stażysta Grzegorz. Pierwsze, co uderza mnie w oczy, to gromada czeczeńskich dzieci. Jest to motyw nieustannie powracający w czasie mojego pobytu w Białymstoku. Odnosi się wrażenie, że są one wszędzie, w każdym kącie budynku. Najczęściej okupują jedyny automat telefoniczny. Dzwonią? Czekają na ważny telefon z Czeczenii? Nie, one po prostu z nudów wydzwaniają na policję, straż pożarną lub pogotowie. Bo cóż można robić, gdy ma się mnóstwo czasu i nie chodzi do szkoły? Kilka razy kontaktowali się w tej sprawie z ośrodkiem dyżurni straży pożarnej oraz pogotowia. Początkowo interwencje odnosiły pewne sukcesy. Z czasem przestały robić jakiekolwiek wrażenie. “Normalka” – jak mawiają pracownicy administracji. A dla dzieci jest to nadal najbardziej ulubiona zabawa.

Odsłona druga

Przedmieścia miasta. Obok największej białostockiej elektrociepłowni przy ulicy 1 Armii Wojska Polskiego stoi Zajazd “Budowlani” - także pełniący funkcję ośrodka dla uchodźców. Jego kierownikiem z ramienia Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców (URiC) jest pani Marzena Michalczuk. Niestety także i ten ośrodek jest przepełniony. Liczba mieszkańców to aż 230 osób.

Rozmawiam z panią Grażyną, portierką, osobą wesołą, pogodną, która z racji swej otwartości i życzliwości została nazwana przez mieszkańców budynku “mamą”. “Mama” Grażyna opowiada mi wiele ciekawych historii z życia ośrodka. Duże wrażenie robią na mnie zdjęcia z wesela czeczeńskiego, na które została zaproszona. Naszą rozmowę przerywa ciche pukanie. – Kto tam? – pyta pani Grażyna. Po krótkiej chwili słyszymy: – Eto ja, Magomed, Twój drug! – i w drzwiach pojawia się trzyletni chłopczyk, ulubieniec “mamy”. – Skolko ciebie liet? Milusiński bez wahania pokazuje na swoich malutkich palcach trzy. Od godziny 19.00 pani Grażynie na portierni towarzyszy inny nieodzowny przyjaciel – polski ochroniarz, stały element krajobrazu każdego ośrodka dla uchodźców w Polsce.

Odsłona trzecia

Dzisiaj jest wtorek, więc w ośrodku odbędą się cotygodniowe lekcje polskiego. Zaciekawiony udaję się do ośrodkowej świetlicy z panią Niną Niedźwiedź, nauczycielką. Pani Nina jest również zatrudniona przez URiC. Od razu otaczają nas dzieci. Ją znają, ja wzbudzam ciekawość. Żartując przedstawiam się jako ich nowy nauczyciel. W świetlicy, gdzie trwają zajęcia, dzieci robią wszystko... oprócz nauki polskiego. Drzwi co rusz otwierają się i zamykają. Mimo podziału na grupy wiekowe i istniejącego grafiku zajęć, dzieciaki, według zapewnień pani Niny, chodzą na zajęcia w kratkę. Dosyć często pojawiają się 2, 3-letnie maluchy. Ten proceder nie jest przypadkowy. Mamy szkrabów korzystają z tego, iż mogą bezpiecznie zostawić pociechy i pójść na pobliski targ pohandlować. Niewielka część dzieci czyta po polsku. Prawie żadne nie pisze. Większość rozumie proste polskie zwroty i tyle. Do momentu rozprzestrzenienia się w ośrodku epidemii grypy, paru “uczniów” uczyło się pilnie. Potem zapał do nauki minął. Część nie przychodzi, wstydząc się zaległości, albo przychodzi nie traktując już nauki serio. Można odnieść wrażenie, iż nauka polskiego w takiej formie, jaką proponuje się uchodźcom, całkowicie nie zdaje egzaminu. A przecież język jest przepustką do polskiej szkoły. Czy winę za taki stan ponoszą rodzice? Nie chcą, by ich dzieci mówiły po polsku, poszły do polskiej szkoły? Czy może nie chcą, bo swój pobyt w Polsce traktują jako tymczasowy? W czasie trwania lekcji słychać gwar polsko-rosyjsko-czeczeński. Nauczycielka tłumaczy dzieciom, znającym rosyjski, polskie słowa i zwroty. Te z kolei z rosyjskiego tłumaczą pozostałym uczniom na czeczeński. Ta swoista komunikacja przebiega też w drugą stronę. Przysłuchuję się temu z zaciekawieniem. Pada w końcu pytanie skierowane w moją stronę: – Hace huju? Zszokowany, ale po wyjaśnieniu ze strony pani Niny, że wszystko jest ok., odpowiadam: – Michał.

Odsłona czwarta

Dzisiaj moim zadaniem, wraz z Grześkiem, jest policzenie wszystkich “krawaci” w pokojach. Zaczynamy od ostatniego piętra. Pukając grzecznie wchodzimy i pytamy: – Skolka u was jest krawaci? (Ile jest u was łóżek?). Szybko nasza misja zostaje wykryta przez dzieci. Od chwili zdemaskowania towarzyszy nam już do końca pokaźna chmara pomocników-wolontariuszy. Wyręczają nas nie pytane i pukają do każdego pokoju. Jeden z chłopców, gdy w jakimś pokoju nikogo nie ma, sam podaje liczbę łóżek. Z początku trochę nas to irytuje, ale później widząc, jaką frajdę sprawia to dzieciom, godzimy się na tę pomoc. Stanowi to dla nich odskocznię od ośrodkowej rutyny. Starsi mieszkańcy, ich rodzice, podają liczbę “krawaci” a nawet zaczynają uskarżać się na ich niewystarczającą ilość. Przeciętnie na jeden pokój przypadają 3-4 łóżka. Jedni z lokatorów pokazują nam jeszcze jednego mieszkańca – grzyb, który opanował ściany. Większość pokoi jest przepełniona. Idąc korytarzem musimy uważać na pozostawione przed drzwiami wejściowymi buty. Są “nieczyste”, nie można w nich wchodzić do mieszkania, gdzie się śpi, mieszka i często modli.

Na pierwszym piętrze trafiamy do pokoju starszej pani. Seniorka rodu jest bardzo wesołą osobą, otwartą na kontakty z Polakami. Częstuje nas matami (czeczeńskie pierogi). Pychota! Na odchodne otrzymuję propozycję nie do odrzucenia: – Żena u was jest? Słyszę, że jestem bardzo podobny do Czeczena i jeśli chcę, to mogę poślubić 16-letnią Czeczenkę. Musiałbym tylko przejść na islam i dokonać maleńkiego zabiegu chirurgicznego na pewnej części mego ciała.

Odsłona ostatnia

Po ośmiu dniach bogatszy o wrażenia wracam do Torunia. Z przykrością stwierdzam, że jest tyle do poprawienia i zrobienia. Poza Caritasem nikt w Białymstoku, żadna organizacja studencka czy wolontariacka, nie wspiera uchodźców. Można pokusić się o smutną konstatację – proces integracji prawie nie zachodzi. Jest po co wracać. Może się skuszę?

Serdecznie dziękuję paniom Joannie Sawickiej i Marzenie Michalczuk, za współpracę, pomoc i życzliwość okazaną mi w czasie trwania mojej praktyki. Tylko dzięki ich otwartości mogłem tak wiele dowiedzieć się o formalnym i nieformalnym życiu ośrodka.

Michał Gruszka

Autor jest toruńskim koordynatorem Walizki Uchodźcy Programu Edukacji Humanitarnej Polskiej Akcji Humanitarnej.

>> index

 
.


.



Szukaj w Pomagamy.pl:

   
  



Warto! Zaprenumeruj nasz biuletyn elektroniczny!