.
 
 

   [ więcej... ]


logo Refugee.pl



pasekgora.gif
logo

Jesteś tu: Strona główna > Numery > Numer 21 > Biesłan, czyli krótka historia z tragedią w tle

Biesłan, czyli krótka historia z tragedią w tle

Każdej nocy budziło mnie kapanie wody. Nie chodzi o to, że przed pójściem spać zapominałem dokręcić kran – po prostu gdzieś około trzeciej nad ranem w rurach zmieniało się ciśnienie i woda zaczynała kapać. Z czasem przyzwyczaiłem się do tego i przestała denerwować mnie abstrakcyjna obecność wody w moich snach. Nauczyłem się wstawać, nie budząc się, nie otwierając oczu, szedłem do łazienki i dokręcałem kurek.

Kapanie wody przypominało mi sceny z tandetnych filmów grozy – wilgotne ściany i karaluchy chowające się w zapleśniałych kątach.


fot. Wojciech Domachowski

Nic bardziej mylnego – mieszkałem w schludnym postsowieckim wieżowcu, z którego okien rozpościerał się widok na sięgające niebios góry Kaukazu (ponoć na jednej z nich odbywał swą karę Prometeusz – słusznie, gdyż darowany ludziom ogień został użyty do budowy śmiercionośnych maszyn; z biegiem czasu i postępem techniki ogień został zastąpiony przez napalm i uran).

Naprzeciwko materaca, na którym spałem, ustawiono szczerbatą meblościankę ponuro brązowej barwy, która ironicznie szczerzyła szczerbaty uśmiech pustych półek – ten widok nie napawał optymizmem.

W jakieś pół godziny po spacerze do łazienki, zaczynały szczekać psy, których w sąsiedztwie było dość sporo – bezdomne zwierzaki, zostawiające ślady swej bytności na schodach albo w windzie.

Według staroirańskiej tradycji, psy są zwiastunami nadejścia Sorusza, któremu Ormuzd, syn Zaruwana, noc oddał pod opiekę. Sorusz zjawia się na ziemi każdej nocy trzykrotnie; wtedy wody stają się słodsze, a ludzie i zwierzęta łączą się w pary.

Więc każdej nocy, oprócz kapania wody, budziło mnie nadejście staroirańskiego boga.


Do Władykaukazu nie trafiłem przypadkiem; powodem mojego wyjazdu był zamach na Szkołę nr 1 w Biesłanie, we wrześniu 2004 roku.

Na wieść o zamachu, PAH zareagowała natychmiast– już kilka dni po wydarzeniach w Biesłanie został zorganizowany transport pomocy humanitarnej – specjalistyczne łóżka dla szpitali (stan wyposażenia północnoosetyńskich szpitali jest fatalny: brakuje sprzętów codziennego użytku jak pościel, środki czyszczące, fartuchy, narzędzia itd.), kardiomonitory, aparaty EKG, zestawy narzędzi chirurgicznych.


fot. Wojciech Domachowski

Poprzez swoje działanie, PAH chciała jak najskuteczniej zamortyzować wpływ tragedii na populację północnej Osetii. W końcu istnieje poważne zagrożenie, że skutki zamachu w Biesłanie będą odczuwalne jeszcze przez wiele lat. Przecież w świadomości Osetynów i Inguszy wciąż żyje konflikt z 1992, kiedy inguskie zbrojne siły zaatakowały przygraniczne tereny Północnej Osetii, chcąc przyłączyć stare centrum Władykaukazu (stolicy Północnej Osetii) do Inguszetii. Osetynom udało się odeprzeć atak, lecz od tego czasu stosunki między obiema republikami są napięte. Wydarzenia w Biesłanie były jak dzwonek, który zbudził wspomnienie powoli zapadającej w drzemkę nienawiści.

W tym miejscu zaczyna się moja historia – historia mieszkania na ul.Moskovskaja, szczerbatej meblościanki, no i psów.

Biesłan to był mój chrzest bojowy – pierwsza misja zagraniczna. W czasie pobytu w Północnej Osetii pozbyłem się złudzeń, co do pomocy humanitarnej. Małe miasteczko, o którym przed pierwszym września 2004 nikt nie słyszał, zamieniło się w bazar pomocy humanitarnej.

Wiele spośród organizacji pracujących na północnym Kaukazie (głównie w Czeczenii), na gwałt chciało znaleźć projekt związany z Biesłanem.

Zorganizowano szereg spotkań z przedstawicielami rządu Północnej Osetii. Minister do Spraw Sportu i Młodzieży (nawiasem mówiąc były gracz Bundesligi), zaproponował, żeby międzynarodowe organizacje sfinansowały w Biesłanie budowę fitness klubu z prawdziwego zdarzenia (sic!).

Muszę przyznać, że wyjeżdżając z Polski miałem mieszane uczucia – wydaje mi się, że każdy z nas ma pewne, niekoniecznie pozytywne, wyobrażenia na temat działania rosyjskiej administracji. Na szczęście okazało się, że były to dalekie od prawdy stereotypy - lokalny partner PAH (Fundacja Odrodzenia Biesłanu) okazał się godną zaufania organizacją, która, biorąc pod uwagę krótki okres działania (3 miesiące), okazała się niezwykle dobrze zorganizowanym i odpowiedzialnym partnerem, wspomagającym PAH poprzez koordynowanie działań na poziomie administracyjnym (przelew środków finansowych przeznaczonych na zakup wyposażenia dla szpitali na łączną sumę 50 tys. USD).

Istnienie takich organizacji, jak Fundacja Odrodzenia Biesłanu, świadczy o tym, że model społeczeństwa obywatelskiego nie jest Rosjanom całkiem obcy.

Podczas swego pobytu w Biesłanie, zrozumiałem, że organizacje humanitarne, analogicznie do lekarzy, powinny kierować się mottem Hipokratesa: “po pierwsze – nie szkodzić”.

Rzecz w tym, że wiele organizacji, poprzez nieproporcjonalną dystrybucję darów lub, co gorsza, poprzez rozdawanie pieniędzy poszkodowanym i rodzinom ofiar, przyczyniło się do zaognienia konfliktów między mieszkańcami Biesłanu. W ten sposób tragedia, która w swej pierwszej fazie zjednoczyła naród, w następnej fazie podzieliła go i skłóciła.

Kwestią kardynalną w przeprowadzaniu pomocy humanitarnej jest oparcie na lokalnych autorytetach. Gdyby większość organizacji zaangażowanych w pomoc ofiarom Biesłanu kierowało się tą zasadą, sterty nikomu niepotrzebnych lekarstw nie zalegałyby w magazynach północnoosetyńskich szpitali.

Organizacje humanitarne winny przeprowadzać rekonesans w oparciu o wiedzę miejscowej ludności, tylko w ten sposób – poprzez opartą na zaufaniu współpracę z pracownikami lokalnymi – pomoc humanitarna może zostać przeprowadzona skutecznie.

W innym przypadku dochodzi do paradoksalnych zdarzeń – spotkałem człowieka, który w zamachu stracił całą rodzinę, żonę i dwoje dzieci.

W ramach pomocy humanitarnej temu człowiekowi przywieziono do domu pudło pełne pluszowych zabawek. Gorzki żart, doprawdy... Takich przykładów było więcej – ciężarówki wypełnione wodą mineralną zalegające na składach celnych, co w przypadku Północnej Osetii ma taki mniej więcej sens, jak wożenie drewna do lasu.

Moje zadanie bywało niewdzięczne – spotkania z ludźmi, którzy stracili w zamachu dziecko lub całą rodzinę, podczas których musiałem przeprowadzić dyskretny wywiad na temat potrzeb poszkodowanych, nie były łatwe. Osetyni są dumnym narodem, rzadko ktoś przyzna się do tego, że mu czegoś brakuje. Raczej przemilczy tę kwestię. Zaś natrętne wypytywanie nie jest w dobrym tonie. Pamiętam odwiedziny w domu człowieka, który w zamachu stracił dwoje dzieci, a jego żona do końca życia pozostanie kaleką.

Trzy mroczne postaci siedzące przy stole, Alan pił od wielu dni. Potężny mężczyzna, który całe swoje życie poświęcił pracy, żeby zapewnić swoim dzieciom jak najlepsze warunki. Na chwilę zniknął w salonie, wrócił niosąc zdjęcie dwójki swoich dzieci.
- To zdjęcie zrobiłem 1 września, zanim poszły do szkoły – wyznał łamiącym się głosem.- Ona obraziła się na mnie. - palcem wskazał córkę.
Kilka godzin później jego dzieci już nie żyły.
- Wiesz, Wojciech, my zdies` na ch... nikomu ne nużni... (przypis red. tutaj nikt o nas nie dba) - zakończył.

Siedzieliśmy w kuchni, która, jak wszystkie pozostałe pomieszczenia w domu Alana, była nie wykończona. Dom Alana był potężną budowlą, niemalże twierdzą; kolosem, który nigdy nie zostanie zamieszkany. Czuć było swąd porażki, który jak alkohol ciało, spalał tego człowieka, tląc się nieustannie, niczym płomień palnika spirytusowego.

Były też piękne chwile – PAH sfinansowała operację okulistyczną dziewczynki – mam wrażenie, że wiele ważnych rzeczy w czasie mojego pobytu w Osetii działo się przypadkiem; ktoś powiedział mi o swoim znajomym, który znał kogoś innego, kto był w szkole w czasie zamachu, ja zaś, podążając tym tropem, natrafiałem na problem, który można było rozwiązać. A tym samym dać nadzieję. Bo jeśli ktoś, w dzisiejszych czasach, daje ci coś, nie żądając nic w zamian, to chyba jest jeszcze nadzieja, to może ten świat nie jest do końca popieprzony... Skoro daje szanse na poprawę losu... Niektórych.

Jeszcze coś? Pierwszy raz w życiu ktoś mi powiedział: “niech Bóg da ci zdrowie za twoją pracę”. Dlatego jestem przekonany, że było warto.

Wojciech Domachowski

>> index

 
.


.



Szukaj w Pomagamy.pl:

   
  



Warto! Zaprenumeruj nasz biuletyn elektroniczny!