.
 
 

   [ więcej... ]


logo Refugee.pl



pasekgora.gif
logo

Jesteś tu: Strona główna > Numery > Numer 20 > Co dalej z tą pomocą?!

Co dalej z tą pomocą?!

Nowa jeszcze większa fala zalała rejon Azji Południowej. Po fali tsunami przyszła kolej na falę pomocy humanitarnej. Problem w tym, że nie wiadomo co z nią zrobić.

Od tragicznej niedzieli 26 grudnia minęło już sporo czasu. Po strachu i niepokoju o własne życie przyszedł moment na rozpacz i opłakiwanie prawie 300 tysięcy zmarłych. Wielu z nich do dziś nie zidentyfikowano. Po raz kolejny okazało się, że rajskie plaże są rajskie przede wszystkim dla białych turystów. Ciała segregowano według koloru skóry i wyglądu zewnętrznego. Uznanych za tubylców, w obawie przed wybuchem epidemii, chowano w trybie natychmiastowym bez identyfikacji w zbiorowych bezimiennych mogiłach. Ciała ofiar o europejskiej urodzie odwożono do chłodni. Tylko dla nich było tam miejsce. To dla nich ściągnięto armię speców od identyfikacji z całego świata i to z nimi bliscy mieli prawo się pożegnać.


REUTERS/Yves Herman, courtesy www.alertnet.org.
Wolontariusz Czerwonego Krzyża ze Sri Lanki przenosi pudła z pomocą humanitarną, nadesłaną dla ofiar tsunami przez USAID (United States Agency for International Development) do obozu w nadbrzeżnym mieście Galle na płd. Sri Lanki, 7 styczna, 2005 r.

Ocaleni biali wyjechali, tubylcy zostali na zgliszczach. Ale nie zostali sami. Globalna solidarność spowodowała, że w rejon Zatoki Bengalskiej napłynęła niespotykana dotąd fala pomocy materialnej i finansowej. Wolontariusze i organizacje humanitarne z całego świata przybyły, by pomóc założyć obozy dla uchodźców, posprzątać ruiny i odbudować domy. Okazało się jednak, że na tak dużym obszarze nie ma jednej centralnej instytucji, która mogłaby zająć się koordynacją dystrybucji pomocy humanitarnej.

Wojna na górze

Problemy z koordynacją pomocy zaczęły się już na samym początku, praktycznie w dniu katastrofy. Okazało się, że nie istnieje żadne światowe centrum koordynacji, które mogłoby natychmiast w takiej sytuacji zareagować. Organizacja Narodów Zjednoczonych od lat tracąca na prestiżu, choćby bardzo chciała, nie jest w stanie takiej roli sprostać. Winna temu jest rozrośnięta biurokracja, powolność w działaniu i coraz częstsza niejednomyślność zrzeszonych w niej państw. To z kolei spowodowało, że organizacji urosła potężna konkurencja w postaci Stanów Zjednoczonych i przede wszystkim ich przywódcy – George’a W. Bush’a - zagorzałego przeciwnika naczelnej roli ONZ w świecie.

Wzajemna przepychanka, do której doszło po tsunami, nie wynikała jedynie z chęci zapanowania nad tą konkretną sytuacją. Chodziło o to, by pokazać światu kto tu rządzi. ONZ bardzo zależało na poprawieniu swego wizerunku, wzmocnieniu swojej pozycji i przekazaniu informacji, że wciąż jest potrzebne. Stany Zjednoczone w pomocy dla Azji, a przede wszystkim Indonezji (największemu muzułmańskiemu państwu na świecie), upatrywały możliwość odkupienia grzechów irackiej wojny i pojednania z wyznawcami islamu.

I tak Narody debatowały, tymczasem Amerykanie zaczęli działać. Najbliżej miejsca katastrofy był amerykański lotniskowiec Abraham Lincoln. Startowały z niego helikoptery z lekarzami, a także odsalano na nim wodę. Żołnierze z Australii, Stanów, Indonezji i Singapuru, krótko po katastrofie, założyli centrum koordynacyjne w Medan, stolicy północnej Sumatry. Zaraz potem te kraje razem z Wielką Brytanią stworzyły koalicję humanitarną całkowicie niezależną od ONZ.

Tymczasem koordynator pomocy ONZ dla ofiar tsunami najpierw zżymał się na Amerykanów i oskarżał ich o skąpstwo, a zaraz potem wychwalał ich żołnierzy i bohaterską postawę. Doszło do prawdziwie politycznego starcia, co w obliczu tak ogromnej tragedii stało się niesmaczne i oburzające. Sekretarza generalnego ONZ - Kofiego Annana - poparli amerykańscy Demokraci, przeciwnicy Busha. To oni doradzili, by doszedł do porozumienia z Waszyngtonem, bo bez udziału Stanów Zjednoczonych Narody Zjednoczone poniosą klęskę.

Po blisko dwóch tygodniach sporów zapanował względny spokój, jednak żadne centrum koordynacji nie powstało.

Wojna na dole

Prawdziwy bałagan powstał już na miejscu samej tragedii. Z ogromem pomocy płynącej z całego świata nie mógł sobie poradzić żaden z dotkniętych tsunami krajów. Rządy Indonezji, Sri Lanki, Tajlandii i Indii nie potrafiły powołać skutecznych zespołów kryzysowych. Pomoc koordynowały zatem największe organizacje humanitarne, które od lat miały tam swoje placówki i dysponowały siecią dystrybucji leków, odzieży, wody i środków czystości. Wsparcia udzielały im wojska amerykańskie, brytyjskie i australijskie. Obce wojsko zaczęło jednak przeszkadzać miejscowym rządom. Upatrywały one w nich zagrożenie dla własnej suwerenności.

Na to wszystko nałożyły się jeszcze wieloletnie konflikty etniczne i religijne, które w dniu tragedii przycichły, ale w miarę dystrybuowania pomocy zaczęły ożywać. Na Sri Lance, Syngalezi i Tamilowie wzajemnie utrudniali sobie dostęp do konwojów z pomocą humanitarną, blokowali drogi, kierowali ciężarówki do swoich wiosek. Na Sumatrze, mimo wysiłków, rząd indonezyjski nie doszedł do porozumienia z separatystami z prowincji Aceh. Doprowadziło to do kolejnych utrudnień w rozdysponowywaniu pomocy.

Częściowe odcięcie Sumatry od świata, brak dróg w wielu regionach Azji spowodowały, że pomoc humanitarna nie dotarła wszędzie tam, gdzie była potrzebna. Niestety większość zaczęła zalegać w rządowych magazynach. Winne temu były niestety pozarządowe organizacje humanitarne, które w niespotykanej dotąd liczbie zaczęły napływać w rejon Zatoki Bengalskiej. Każda para rąk do pomocy była na wagę złota, jednak niektóre małe i średnie organizacje doprowadziły miejscowe władze do furii. Przywoziły, co chciały i jeździły też w dowolnie wybranych przez siebie kierunkach. Ich pracownicy chcieli mieć pewność, że pomoc dotrze do potrzebujących. Jednak dystrybucja pomocy była niejednokrotnie losowa. Nikt się wcześniej nie próbował zorientować, co w danym regionie jest najbardziej potrzebne. Jedna prowincja dostawała sam ryż, druga tylko ubrania, trzecia nic. Dodatkowo takie niewielkie konwoje często były narażone na bandyckie napady. W tej sytuacji rządy azjatyckie wprowadziły obowiązek rejestracji każdej nowoprzybyłej organizacji, a napływającą z całego świata pomoc zaczęły zamykać w magazynach. To w dużym stopniu spowolniło jej dystrybucję i utrudniło pracę także dużym organizacjom humanitarnym.

Po tych kilku tygodniach, jakie minęły od katastrofy, sytuacja wydaje się częściowo opanowana. Nawiązała się w miarę poprawna współpraca pomiędzy miejscowymi władzami a organizacjami pozarządowymi. Rejon Azji Południowej ma częściowo umorzone długi, obietnice ogromnej, wciąż rosnącej pomocy finansowej i możliwość zainstalowania systemów wczesnego ostrzegania o tsunami. Można mieć nadzieję, że za kilkanaście lat podźwignie się z tej katastrofy. Ale czy świat się czegoś przy okazji nauczył, czy można oczekiwać, ze powstanie silna organizacja międzynarodowa zdolna koordynować pomoc w przypadku kolejnej tragedii?

Magda Szyszko

Źródło: archiwum Gazety Wyborczej i BBC News

>> index

 
.


.



Szukaj w Pomagamy.pl:

   
  



Warto! Zaprenumeruj nasz biuletyn elektroniczny!