|
Jesteś tu:
Strona główna > Numery > Numer 20 > Sudan / Darfur
Janina Ochojska z Al Fashir (Darfur) dla "Pomagamy"
Nareszcie spełnia się moje marzenie: lecimy z pomocą dla uchodźców w Darfurze. Od 2003 r. w serwisie internetowym PAH pisaliśmy o konflikcie w Sudanie, jednak próby zebrania pieniędzy na pomoc jego ofiarom kończyły się niczym. Media nie były zainteresowane, a więc ludzie również.
Niedawno miałam spotkanie ze studentami jednej z wyższych szkół dziennikarskich w Warszawie. Na pytanie, co się dzieje w Darfurze, ręce podniosły trzy osoby, w tym rektor.
29 grudnia samolot MON-u ląduje w Al Fashir, głównej miejscowości rejonu Al Fasher (północny Darfur). W Darfurze od prawie dwóch lat koczuje 1,66 mln uchodźców, głównie z południa Sudanu, ofiar bombardowań i ostrzału z helikopterów rządowych, jak i bojówkarzy z popieranej przez rząd partyzantki Janjawid. Czystki etniczne to konsekwencja wojny, o której mówimy dopiero od 2003 r., podczas gdy konflikt tli się od końca lat 90. Liczbę uchodźców wewnętrznych w Sudanie szacuje się na 3,7 mln, zewnętrznych - na ponad 400 tys. Zaledwie połowa z nich schroniła się w obozach. Pozostali ukrywają się gdzie popadnie, pozbawieni jakiejkolwiek pomocy. Dlatego podane wyżej liczby mogą być niepełne. Ta straszliwa liczba uchodźców jest wynikiem nie tylko wojny w samym Darfurze, jak również tej na Południu, która toczy się od 1955 r. i lada dzień ma się skończyć.
Bashir chce być kapitanem
Na drodze z Al Fashir do obozu Zam Zam (ok. 20 tys. uchodźców, ale ciągle ich przybywa) spotykamy kobiety i dzieci, zmierzające do odległego o 17 kilometrów miasta. Podróżują na osiołkach obładowanych gałęziami lub trzciną, które mają nadzieję sprzedać. Widzę dwie kobiety mocujące się gołymi rękami z gałęziami kolczastego krzaku. Zbieranie drzewa to jedyne źródło ich dochodu: kupią za nie sól, herbatę, mąkę, jarzyny. W ramach pomocy ze Światowego Programu Żywnościowego (WFP) dostają sorgo, ryż i olej, pozostałe produkty, zwłaszcza dla dzieci, zdobyć muszą sami.

fot. Olga Białostocka/Sudańscy chłopcy zarabiający czyszczeniem butów na suku (bazarze) w Omduranie.
Warunki życia w obozie są złe. Brakuje wszystkiego: wody, żywności, środków higieny, opieki lekarskiej, nawet ubrań. Część rodzin mieszka w prowizorycznych szałasach, inni nie mogą nawet o tym śnić. Na palikach zatkniętych w ziemię rozpinają więc kawałki folii, szmat, worków po ryżu, kartonów: i wiążą to wszystko sznurkami. Ci, którzy przybyli niedawno, śpią na gołej ziemi.
Otaczają nas ciekawe wszystkiego dzieci. Bashir ma czternaście lat i pięcioro rodzeństwa, pochodzi z oddalonego o 20 km Gallab. Opowiada, że do jego wioski przyszli żołnierze i zaczęli zabijać mieszkańców, wcześniej strzelano do ludzi z helikopterów. Wprawdzie nikt z rodziny chłopca nie zginął, ale jego rodzice stracili kozy i krowy. Uciekając, nic nie zdążyli zabrać z dobytku. Pytam Bashira, kim chciałby być. Kapitanem - odpowiada. Wcześniej widziałam, jak przyglądał się naszym pilotom i fotografował się z nimi. Inne dzieci - jak trzynastoletni Abdallah Hamid, który z dziesięciorgiem rodzeństwa i dorosłymi uciekał przez ponad 50 km z wioski Kabga - chcą być farmerami, podobnie jak rodzice. Ale pytane, czy chcą wrócić do rodzinnych wiosek, w większości odpowiadają, że nie. Boją się, a tu, w obozie, chociaż jest ciężko, lecz bezpiecznie - przynajmniej dopóki nie pojawią się Janjawidzi. Dla niektórych dzieci Zam Zam jest już ich trzecim lub czwartym obozem. Z poprzednich musieli uciekać, zaatakowani przez wojsko. W obozie otwarto szkołę podstawową: uczyć się w niej powinno 2 tys. dzieci, ale dla wszystkich dzieci nie starczyło miejsca. Lekcje trwają od 10.00 do 13.00, jest problem z opłaceniem nauczycieli, a starsi (ok. 3 tys.) nie mają szans kontynuowania nauki.

rys. Katarzyna Rybńska
Abdulah Ismail, farmer ze wsi Tabit, odległej o ok. 70 km od Al Fashir, mieszka w obozie z rodzicami i piątką dzieci. Historia jego rodziny jest podobna do historii wielu tutejszych rodzin: 17 maja nad Tabit pojawiły się trzy samoloty, które zbombardowały wiejskie targowisko. Zginęło dwadzieścia jeden osób. Tydzień później znów pojawiły się samoloty, zabijając troje ludzi i wiele zwierząt. Gdy zaś do sąsiedniej wioski wkroczyło wojsko, mieszkańcy Tabit zaczęli uciekać. Rodzina Abdulaha trafiła najpierw do obozu w Tawilah. Wkrótce musieli uciekać także z tego obozu i część rodziny schroniła się w Zam Zam, a część w obozie Abu Shok i w Al Fashir. Abdulah nie wie, dlaczego zbombardowano jego wieś, dlaczego wkroczyło do niej wojsko. Nikt w obozie tego nie wie.
Szpital z worków po ryżu
SUDO (Sudan Social Development Organization) powstała w kwietniu 2001 r. Założycielami grupy są miejscowi intelektualiści: lekarze, inżynierowie, prawnicy, nauczyciele, którzy mając świadomość, że za ich edukację i pozycję społeczną "zapłacili" dzisiejsi uchodźcy, postanowili im teraz pomóc. Zajęli się prawami człowieka i tzw. peace building, czyli łagodzeniem konfliktów między różnymi grupami etnicznymi, jak i konkretną pomocą dla uchodźców. Dr Modawi Ibrahim Adam tłumaczy, że w 2002 r. dwaj główni wrogowie - wojskowy reżim z Chartumu i armia partyzancka z Południa - podpisali rozejm i układ pokojowy. Przewidywał on, że w 2008 r. mieszkańcy Południa zdecydują w referendum, czy chcą oderwania od Sudanu. Od tego momentu zaczął się dramat Darfuru, leżącego między Północą a Południem. Aresztowania przez żołnierzy, porwania młodych mężczyzn przez SPLA (Sudańska Ludowa Armia Wyzwoleńcza - przyp. red.), zmuszanie dzieci do zabijania, niszczenie domów, szpitali, szkół, brak żywności prowadzący do śmierci głodowej, bombardowanie i ostrzeliwanie wiosek - to powody, dla których ludzie uciekają dziś ze swojej ziemi.
W Zam Zam towarzyszy nam "starszy" obozu Ali Ischag Hamid, uchodźca z Tawilah. Ali prowadzi nas do "szpitala" (słowo mocno przesadzone). Pierwsze szpitalne pomieszczenie, "zbudowane" z worków po ryżu, to sala porodowa z łóżkiem i stołem, na którym leżą kleszcze porodowe. Żadnego sterylizatora, żadnej możliwości pomocy kobietom przy utrzymaniu ciąży (65 proc. poronień), żadnej pomocy dla noworodków. Miesięcznie rodzi się tu 12-15 dzieci, z tego umiera 3-4, głównie z niedożywienia i osłabienia matek. Drugi namiot z plastikowej płachty pełni rolę "przychodni". Lekarz pokazuje nam kilka kartonów podstawowych leków. Najczęstsze choroby w obozie to czerwonka, biegunki, infekcje płucne, tyfus, malaria, często zdarzają się także zapalenia uszu, prowadzące do głuchoty. ,,Przychodnię" odwiedza codziennie ok. 80 pacjentów. Wielu z nich nie można w ogóle pomóc, a uchodźców nie stać na leczenie się w mieście. Umierają więc na uleczalne choroby. Według WHO każdego dnia w Darfurze z powodu chorób i wycieńczenia umiera 630 dorosłych i 388 dzieci. Radość lekarzy, którym dostarczyliśmy namioty medyczne i sprzęt, jest więc ogromna: mają przecież ratować ludzkie życie, a nie bezsilne patrzeć na umierających. W tej chwili najbardziej potrzebne są namioty (pod plastikowymi płachtami nie sposób mieszkać latem, gdy temperatura osiąga 50 stopni), ubrania, koce, środki jednorazowe oraz sprzęt medyczny (np. do badań ginekologicznych). No i jedzenie: po ataku 26 grudnia na ciężarówki WFP z żywnością, organizacja wstrzymała dostawę pomocy do Al Fasher.
Zawód "uchodźca"
Drugi wizytowany przez nas obóz to Wad el-Baszir, jeden z czterech wokół Chartumu. Od dwudziestu (!) lat mieszkają w nich uchodźcy, głównie z rejonów Darfuru i Kordofanu. Żeby dostać się do Wad el-Baszir, musimy otrzymać specjalne zezwolenie rządowe. Przyjaciele z SUDO załatwiają nam je w dwie godziny, ale w Wad el-Baszir nie wolno nam robić zdjęć. Bo władze wolą ukryć istnienie obozów...
W Wad el-Baszir spotykamy przede wszystkim Dinków - piękny, szlachetny naród, wysocy szczupli mężczyźni, śliczne dzieci o wielkich oczach i kobiety, które mogłyby być modelkami. Rozmawiamy z grupą mężczyzn, siedzących pod zadaszeniem z trzciny. Każdy z nich uważa za honor, żeby się z nami przywitać. Gdy już siedzimy wraz z nimi pod zadaszeniem, a dociera ktoś nowy, też podchodzi, żeby podać rękę. Uderza mnie godność tych ludzi. Nie skarżą się i nie proszą o pomoc: ich słowa są oszczędne, mówiąc o swoim losie, nie używają słów "straszne", "nie do zniesienia", "tragiczne", "niesprawiedliwe"... Mimo że to, co widzimy, takie właśnie jest.
Większość z nich była rolnikami, rybakami, hodowcami bydła. Ich życie na południu było biedne i pełne trudu, ale godne i niezależne: żyli u siebie, przekazywali z pokolenia na pokolenie ziemię i stada; dzieci kontynuowały ich pracę. Nawet teraz, po dwudziestu latach, mówią: jestem rolnikiem, rybakiem. Ich dorosłe już dzieci są nikim: zawód "uchodźca".
Jeszcze przed rokiem opiekowały się nimi liczne organizacje humanitarne. Wprawdzie było ciężko i pomocy nie wystarczało dla wszystkich, niemniej pomoc była. Dzieci chodziły do szkoły, w obozie funkcjonowały szpital i przychodnia, dostarczano wodę pitną i budulec (wypalane z gliny cegły), z których budowano "domy". Były pieniądze dla nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek, pracowali wolontariusze, były przybory szkolne, książki, leki. Przede wszystkim uchodźcy mieli nadzieję, że przeżyją i kiedyś powrócą do rodzinnych wiosek.
Jednak kiedy rok temu zaczęła się spowodowana kolejną wojną klęska humanitarna w Darfurze, organizacje wyjechały, pozostawiając uchodźców na pastwę losu. Dzieci nie chodzą więc już do szkoły (mogłyby w Chartumie, ale za to trzeba zapłacić). Kobiety rodzą w "domach", noworodki umierają. Jaka jest ich śmiertelność? Trudno odpowiedzieć, nikt nie liczy ich zgonów . Mówią: dużo. Próbując uzyskać dokładniejsze dane, dowiaduję się, że miesięcznie co najmniej 100 osób umiera z niedożywienia, z uleczalnych chorób, podczas porodów, z powodu zakażenia, biegunek... Brakuje lekarzy, ludzie leczą się sami albo umierają - na szpital w Chartumie ich nie stać.
W obozie prawie nie widać kobiet. Gdzie się podziały? Są w mieście, sprzątają w domach ludzi bogatych, pracują w firmach, urzędach, sprzedają na bazarach herbatę, gotują. Jednym słowem: utrzymują rodzinę. Kobiety codziennie wstają o piątej rano i idą do odległego o ok. 20 km miasta, a wieczorem wracają do obozu, niosąc na głowach pakunki z tym, co udało im się zdobyć. Dzieci biegają na pobliskie targowisko, gdzie czasami coś uda się im dostać, czyszczą buty, przenoszą towary, w ten sposób pracują na przeżycie. Dla mężczyzn natomiast, którzy z pokolenia na pokolenie byli rolnikami lub rybakami, w Chartumie nie ma pracy: siedzą wiec przed "domami" lub pod zadaszeniem z trzciny i dyskutują - teraz o podpisaniu kolejnego porozumienia pokojowego między Północą a Południem.
Co chcą robić w przyszłości, jak wyobrażają sobie dalsze życie? Nie potrafią odpowiedzieć. Niektórzy chcieliby wrócić, ale musi być bezpiecznie i ktoś musi im w tym pomóc. Młodsi wolą zostać tutaj, na obrzeżach Chartumu, mają nadzieję, że blisko bogatego miasta jakoś wyżyją. Jedno jest pewne: tu jest bezpiecznie.
Jesteśmy odpowiedzialni
Jak opisać obóz w Darfurze? Widziałam w życiu wiele obozów dla uchodźców, także te najstraszniejsze - w Czeczenii, ale czegoś takiego jak tu, dotąd nie spotkałam.
Jedziemy zatłoczonymi ulicami Chartumu, który wydaje się bogatym miastem. Dużo tu nowoczesnych budynków, luksusowych sklepów sąsiadujących ze sklepikami ze wszystkim. Przejeżdżamy przez przedmieścia, gdzie otoczone murkami stoją gliniane domy. Potem już tylko czerwona, gliniana ziemia, śmieci. Skręcamy z drogi i jedziemy przez tę pustynię. Po chwili pojawiają się pierwsze zabudowania, zburzone, mieszkali tu kiedyś uchodźcy, ale byli za blisko drogi, więc w grudniu 2003 rząd kazał zburzyć ich siedziby. Wkrótce dojeżdżamy do obozu, czyli bezładnego skupiska glinianych lepianek i "domów" z kartonów, szmat, kawałków plastiku. W obozie są źródła wody, ale zanieczyszczone.
Większość mieszkańców Chartumu, nie ma pojęcia, że tuż obok stolicy wegetują dwa miliony uchodźców. O tym się nie mówi, to trzeba chcieć wiedzieć. Wśród działaczy SUDO spotykam młodą Szwajcarkę Sylvie. Do Sudanu przyjechała na pół roku, jako wolontariuszka. Informacje o SUDO znalazła w internecie, nie chciała pracować dla międzynarodowej instytucji: szukała lokalnej organizacji, bo ma to większy sens: miejscowi znają zwyczaje, kraj i potrzeby.
W chwili, kiedy wylatywaliśmy do Sudanu, wiadomo było o tragedii tsunami, ale wtedy mówiono o kilku, kilkunastu tysiącach ofiar. Teraz wielu ludzi myśli przede wszystkim o pomocy ofiarom tej tragedii. Na konto samej PAH wpłynęło już prawie 5 milionów złotych. Bardzo się cieszę z tak ogromnej ofiarności Polaków. Ale obawiam się, że tak, jak zapomnieliśmy o zeszłorocznej tragedii w Bam, gdzie do dzisiaj ludzie żyją w namiotach, tak zapomnimy i o tej. Chociaż akurat w przypadku tego kataklizmu, nadzieja na szybką odbudowę i powrót do normalności jest bardzo duża. Natomiast takie tragedie jak w Sudanie, Czeczenii, Afganistanie, które trwają od wielu lat, w ogóle nie zwracają naszej uwagi, tak samo jak kraje, w których z głodu i braku dostępu do pitnej wody umierają codziennie tysiące ludzi. Chciałabym, żebyśmy nie tylko byli entuzjastami. Chciałabym, żebyśmy czuli się odpowiedzialni za los wszystkich ludzi i mieli świadomość, że ich życie i jakość życia zależy również od nas.
Mam nadzieję, że do zapomnianego Sudanu jeszcze wrócimy, żeby założyć tam stałą misję i pomóc ludziom w powrocie do normalności. To czy wrócimy, zależy też od Was. Niech każdy z Was opowie chociaż dwóm osobom o tym, co przeczytaliście i poproście ich żeby zrobili to samo.
Janina Ochojska
PAH dla Sudanu
Polska Akcja Humanitarna dostarczyła do obozu Zam Zam w rejonie Al Fashir (Darfur) namioty medyczne i wyposażenie dla szpitala o wartości 181.380 złotych. Pomoc została sfinansowana przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, transport został zorganizowany przez Ministerstwo Obrony Narodowej.
Polska Akcja Humanitarna planuje zorganizowanie stałej misji w Darfurze. Podajemy numer konta, na które można wpłacać pieniądze: Bank BPH nr 13 1060 0076 0000 3310 0002 5026, z dopiskiem “Sudan”. Przypominamy również o możliwości przekazywania 1% podatku za 2004 rok, na rzecz PAH, na Bank BPH nr konto nr 36 1060 0076 0000 3310 0002 5000.
>> index
|
|
|