|
Jesteś tu:
Strona główna > Numery > Numer 15 > Relacja z wystawy
Kilka uwag na marginesie wystawy "World Press Photo"
Eksponowanie śmierci i cierpienia nie jest niczym nowym - towarzyszyło ludziom od pokoleń. Jednak średniowiecze już dawno za nami. Czy zatem kultywowanie takich tradycji jest w porządku ? A może wszystko zależy od kontekstu?
Dobrą okazję do takich rozważań daje kolejna edycja wystawy World Press Photo, czyli zbioru najlepszych zdjęć prasowych. Bywalcy WPP wiedzą, że pewne akcenty wciąż pozostają niezmienione. Najnowsza edycja nie jest wyjątkiem - cierpienie, przemoc i śmierć atakują z dziesiątków plansz ekspozycyjnych.
Są na wystawie kadry z dramatów powodowanych przez niszczycielskie siły natury - jak te z okolic irańskiego miasta Bam, gdzie w grudniu 2003 roku trzęsienie ziemi uśmierciło tysiące osób. Jednak większość zdjęć eksponujących ludzkie cierpienie skupia się na wydarzeniach, których przyczyną był sam człowiek.
Tak jest ze zdjęciami z Iraku. Dokumentują one okres walk, które toczyły regularne oddziały irackie z koalicją antysaddamowską. Czas wzmożonego terroru podziemia miał dopiero nadejść, co nie znaczy, że ówczesne kadry są 'łagodne". Są naprawdę poruszające. To zresztą tam zostało zrobione "Zdjęcie Roku" przedstawiające uwięzionego Irakijczyka z workiem na głowie, który obejmuje swojego czteroletniego synka. Francuski fotoreporter Jean - Marc Bouju wykonał je w bazie wojsk amerykańskich koło Nadżafu, gdzie przetrzymywano jeńców. Inne zdjęcia z Iraku przypominają, że przemoc naznaczyła tę krainę już wcześniej, że dramat nie zaczął się wraz z przekroczeniem granic przez wojska koalicji. Dziedzictwem "rzeźnika z Bagdadu" są - uwiecznione przez fotoreporterów - sceny ekshumacji powstańców zamordowanych w 1991 roku i opłakujące ich rodziny. Jedno z najbardziej drastycznych, ale i poruszających zdjęć przedstawia matkę składającą pocałunek na dopiero co odkopanej czaszce swojego syna.
 rys. Katarzyna Rybińska |
Obok Iraku, który ostatnimi czasy zdominował czołówki światowych mediów znaleźć można na wystawie też zdjęcia z "zapomnianych wojen". Są wśród nich kadry z prowincji Aceh w Indonezji, gdzie wojska rządowe od lat na szeroką skalę łamią prawa człowieka pacyfikując ruch separatystyczny. Są wyjątkowo drastyczne obrazy z ogarniętej chaosem wojny domowej Liberii, czy z Laosu gdzie trwa partyzancka walka przedstawicieli mniejszości Hmong.
Jest fotograficzna dokumentacja następstw konfliktów etnicznych. Także tych, które praktycznie nie przebijają się na czołówki gazet, jak ten z okolic miasta Bunia w Demokratycznej Republice Konga gdzie w starciach między ludami Lendu i Hema zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób.
Mimo, że przemoc polityczna kryje się za większością fotograficznie udokumentowanych dramatów to nie jest przecież ich jedyną przyczyną. Przekonują o tym zdjęcia mieszkańców chińskich wiosek, którzy zostali zarażeni wirusem HIV podczas dyletancko przeprowadzanych zabiegów pobrania krwi czy portrety Nigeryjek, które przybyły na Stary Kontynent by szukać pracy i skończyły na ulicy - bite przez klientów, sutenerów i pozbawione praw jako nielegalne imigrantki.
Kolejny rok. Kolejne dramaty. Kolejne zdjęcia.
 rys. Katarzyna Rybińska |
Czy jednak to nagromadzenie tragedii, grozy i przemocy jest uprawnione? Czy nie jest to cyniczna gra na najniższych instynktach, serwowanie jeszcze jednego spektaklu zdominowanego przez ból i śmierć? Takie zarzuty często bywają wysuwane. I na pewno warte są rozważenia. Obserwowanie przemocy i cierpienia dla wielu jest niczym więcej jak tylko swego rodzaju "rozrywką".
Perwersyjną, ale rozrywką. Od czasów walk gladiatorów (a nawet i wcześniejszych epizodów historii człowieka) jest rzeczą wiadomą, że ból i przemoc to również towar. Ten towar może nosić dziś logo agencji fotograficznej. Zarzut grania na najniższych instynktach w celu uzyskania konkretnych korzyści miałby więc swoje uzasadnienie.
Dwuznaczny moralnie wydaje się też stosunek reportera do fotografowanych. W końcu jest jak pracownik laboratorium, który stoi z boku i notuje. Tu jednak toczy się prawdziwe życie. Fotoreporter patrzy na cierpienie i zadawane zło przez wizjer swojego aparatu, ubiera to w oprawę najnowszej techniki. W dodatku przyciąga go "zapach krwi i dym pożarów". Szuka chwytliwego tematu, którymi nierzadko są: śmierć, ból i łzy. Jeśli ktoś zapyta "czy to jest w porządku" ma do tego prawo.
Wątpliwości zawsze będą.
A jednak ... Nic nie zmienia faktu, że zdjęcie pozostaje ś w i a d e c t w e m niezależnie od motywów i okoliczności w jakich powstało, pod warunkiem, że nie jest sfingowane i / lub nachalnie wyreżyserowane (takie rzeczy też się w końcu zdarzają).
I właśnie dokumentacyjny charakter fotografii niejako rozgrzesza tych, którzy wykonując swój zawód zbliżają się do etycznej "cienkiej czerwonej linii". Jeśli drastyczne zdjęcie zwróci uwagę opinii publicznej na konkretny przejaw cierpienia lub zła na świecie to znaczy, że plusów jest więcej niż minusów. Tym bardziej, kiedy pójdą za tym konkretne działania. Moment naciśnięcia migawki aparatu bywał już początkiem końca niejednego skorumpowanego układu i niejednego krwawego despoty. I nie raz już uruchamiał działania ludzi dobrej woli, którzy poruszeni zatrzymanym w kadrze obrazem decydowali się poprzeć pomoc dla ofiar klęsk żywiołowych, epidemii czy wojen.
Artur Sałaszewski
>> index
|
|
|