|
Jesteś tu:
Strona główna > Numery > Numer 13 > Azerbejdżan - wybory 2003
Ilham, syn Hajdara czyli historia pewnej intronizacji
Nieprawidłowości i fałszerstwa. Policyjne pałki i aresztowania. Udawane wybory wyniosły do władzy syna ustępującego prezydenta. Świat specjalnie się nie przejął. Dlaczego?
Azerbejdżan - w połowie pokryty górami kraj leżący nad Morzem Kaspijskim. Tak jak kilka innych republik poradzieckich wykuwał swą niepodległość w ogniu walk z przeciwnikiem zewnętrznym i wewnętrznym. Gdy walił się dawny komunistyczny ład, Azerzy, w wiekszości muzułmanie stanęli przeciw swym sąsiadom - chrześcijańskim Ormianom. Ideologiczną pustkę po komunizmie wypełnił narodowy szowinizm i świst kul. Wojna o enklawę Górski Karabach pochłonęła kilkadziesiąt tysięcy zabitych po obu stronach, ale to Ormianie świętowali zwycięstwo. Azerbejdżan stracił kontrolę nad znaczną częścią swego terytorium. Powojenny chaos oznaczał też upadek gospodarczy i pogorszenie się warunków życia.
Twardy człowiek Azerbejdżanu
Wtedy pojawił się ON - mąż opatrznościowy narodu azerskiego. Zmęczonemu latami biedy i wojen narodowi mógł wskazać cel: pokój i dobrobyt. Nie był politycznym żółtodziobem. Przeciwnie - był wytrawnym graczem, zawodnikiem o wieloletnim doświadczeniu. Kim był Hajdar Alijew? Jednym z licznych komunistycznych dygnitarzy, którzy po rozpadzie ZSRR przywdziali nacjonalistyczne szaty. Zaczynał swą karierę jako pracownik tajnej policji. Był pierwszym muzułmaninem w Politbiurze KPZR. W 1983 r. na krótko awansował na stanowisko wicepremiera rządu. Jako Pierwszy Sekretarz władał Azerbejdżanem już od 1969 r. Po rozpadzie ZSRR przestał grać w pierwszej lidze, ale na krótko. Prezydentem, niepodległego już kraju został w 1993 r. Zaczynał rządy w warunkach permanentnego stanu wyjątkowego, co Azerowie łatwo mu wybaczyli. Mieli swoje powody. Walki z Armenią praktycznie ustały, do kraju napływał zagraniczny kapitał. Koncerny inwestowały w wydobycie ropy naftowej i gazu. Mówiono o wzroście gospodarczym. Miało być już tylko lepiej.
Tylko gdzieś tam na boku niezależne organizacje coraz częściej informowały o łamaniu praw człowieka. No, ale taka ich rola. Gorzej, że dobrobyt omijał wielu, zbyt wielu Azerów. Korupcja też jakby nie zamierała, więcej - miała się całkiem dobrze. Jacyś niewdzięcznicy coraz to głośniej mówili, że Azerbejdżan zamienia się w bananową republikę, gdzie rządy sprawują chciwi oligarchowie, na różne sposoby wspierani przez naftowych magnatów.
W październiku 1998 r. odbyły się zbojkotowane przez opozycję wybory prezydenckie. Alijew je wygrał, a zagraniczni obserwatorzy uznali, że nie spełniały one wymogów demokracji.
Szykowanie następcy
Lata mijały. Dobiegała kresu kolejna kadencja. Hajdar miał już na karku osiemdziesiątkę i czuł, że siły go opuszczają. Azerbejdżan chciał zostawić w dobrych rękach. Czyich? Kandydata na następcę znał dobrze bo tak się składało, że od dziecka. Kandydat miał na imię Ilham i był jego synem. Od polityki do tej pory stronił , chociaż koneksjom politycznym wiele zawdzięczał - jak wielu z tych, którzy liczyli się w handlu ropą naftową.
Słowo "nepotyzm" ze strony ludzi prezydenta nie padło. By władza jednak została w rodzinie trzeba było nieco wszystko przetasować i dopasować.
W sierpniu 2002 roku odbyło się referendum, które wprowadziło istotne zmiany w konstytucji. Obserwatorzy stwierdzili liczne próby wpłynięcia na decyzje wyborców, jak też inne nieprawidłowości w ich przebiegu. Wśród przyjętych korekt były i te, które miały ułatwić sukcesję Ilhama.
Alijewowie byli raczej pewni swego, ale wiedzieli też, że zdarzyć się mogą różne niespodzianki. Największym konkurentem Ilhama miał być przywódca partii Musawat - Isa Gambar. Gambar nie był islamskim fundamentalistą; głosił hasła panturkizmu i nowoczesnego nacjonalizmu. Był jednak zadeklarowanym przeciwnikiem reżimu Alijewa, co wystarczyło, by przypiąć mu łatkę wojującego islamisty. Zależne od władzy media publiczne już wiedziały, którą wersję wybrać, komu i jak poświęcać czas antenowy. Ale była to tylko przygrywka do tego co miało się dziać podczas samych wyborów.
Wybory odbyły się 15 października 2003 roku.
Oficjalne wyniki: Ilham Alijew dostał 79,5 proc. głosów, jego główny rywal Isa Gambar uzyskał 12,60 proc. Frekwencja miała wynieść ponad 71 proc. uprawionych.
OBWE uznała wybory za "zasadniczo dobrze przeprowadzone" chociaż "niespełniające międzynarodowych standardów". Opinia ta spotkała się ze zdziwieniem wielu osób i środowisk. Wśród tych, którzy sprzeciwili się takiemu stawianiu sprawy znaleźli się także sami obserwatorzy OBWE. Niedawno skorygowała swoje stanowisko.
Wybory i protesty
List protestacyjny wystosowali, m.in. Polacy monitorujący głosowanie. Stwierdzili oni między innymi:
"Byliśmy świadkami licznych nieprawidłowości i fałszerstw. Wielu z nas widziało, jak w komisjach obwodowych pozbawiano prawa do głosowania setki obywateli poprzez niewpisanie ich na listy wyborcze, widzieliśmy nagminną praktykę poprawiania cyfr w pisanych ołówkiem protokołach z obwodów, na szczeblu komisji okręgowych; widzieliśmy po dwa różniące się liczbami protokoły z tego samego obwodu, widzieliśmy, jak przywożono wypełniony protokół i nieotwarte głosy; byliśmy świadkami, jak usiłowano podrzucać do urn dodatkowe karty wyborcze."
Jeszcze większe zaniepokojenie wzbudziły wśród polskich obserwatorów represje wobec przedstawicieli partii opozycyjnych. Były to m.in. zatrzymania członków komisji wyborczych z ramienia opozycji i współpracujących z nią obserwatorów. Wiele osób zmuszanych było - groźbą aresztowania - do podpisywania sfałszowanych protokołów.
Wydarzenia towarzyszące wyborom wywołały fale demonstracji. Te pociągnęły za sobą brutalne interwencje policji oraz aresztowania uczestników zajść. Protesty jednak na niewiele się zdały. Ilham Alijew został prezydentem. Hajdar zmarł wkrótce. Wśród atrybutów demokratycznych procedur narodziła się nowa dynastia.
Tymczasem represje trwają
Oponenci reżimu trafiają za kratki, prześladowane są nieliczne niezależne gazety. Ponad setka uwięzionych działaczy opozycji kontynuowała w grudniu 2003 r. protest głodowy. Pytanie tylko jak długo utrzyma się nastrój kontestacji. Pytanie też ilu Azerów tak naprawdę chce zmian. I czy - biorąc pod uwagę "dziwne" zachowanie OBWE - tych zmian chce Zachód. Być może demokracji w Azerbejdżanie odebrano szansę, bojąc się duchów przeszłości i ogólnych politycznych tendencji na Zakaukaziu. Być może powszechne stało się myślenie, że od chwiejnej demokracji lepsza dyktatura. Ta przynajmniej może zapewnić stabilizację temu zasobnemu w ropę państwu. Czy jednak tędy droga?
Faktycznie, postsowiecka Azja Zachodnia i Centralna nie mają jakoś szczęścia do demokracji. Większość prób jej wprowadzania kończyła się fiaskiem lub powstaniem karykatury. Była forma, nie było treści. Kwitły za to różnorodne satrapie, wybuchały krwawe wojny, wszystkiemu towarzyszyła bieda i korupcja. Azerbejdżan i tak jawi się jako oaza względnej stabilizacji. Dzięki ropie nie jest tak biedny jak większość sąsiadów, ale także dzięki ropie stawka wydaje się większa, a wraz z nią rośnie pokusa zawłaszczania państwa dla siebie. To jest szansa dla ludzi takich jak Alijewowie, ale nie jest to z pewnością szansa dla demokracji.
Artur Sałaszewski
Możesz pomóc:
Beata Szcześniak
>> index
|
|
|